Podobne makatki wisiały przy piecu u mojej babci, gdzie jako małe dziecko jeździłam co roku na wakacje. Z rozrzewnieniem to wspominam, dlatego przy moim piecu nie mogło takiej ozdoby zabraknąć. Na naszej rodzinnej makatce musiały znaleźć się oczywiście kowaliki, a słówka "te te" to odgłosy jakie te ptaszki wydają. Tak przynajmniej twierdzi mój mały synek.
Po udanej przeprowadzce znowu mogę sobie (prawie) w spokoju dłubać. W trakcie przygotowywania domu do remontu znalazłam w jednej z szuflad stary zegarek bez paska, o dziwo działający, wystarczyło go nakręcić. Tak więc ów znalezisko stało się bazą do naszyjnika.
Pan Kot to również dzieło małego gałgana, który w czasie karmienia poplamił mi nową bluzkę. A jedynym sposobem ich zatuszowania był duży nadruk. Mniejsze plamki schowały się za gwiazdkami. I tak mamy kota.